Strasznie lubię czytać na innych blogach posty z cyklu idealny nudziak. Bo tak, jak trzeba mieć w domu czerwień typu Malaga Wine i to jest obowiązkowe, tak fajnie mieć swojego nudziaka, który robi nam tzw. manequin hands. Czyli jest perfekcyjnie dopasowany do koloru naszej skóry.
W ramach stosowanie rozwiązań nieszablonowych, moim idealnym nudziakiem, jest bladziutki beżyk podbity żółcią, co jest o tyle zaskakujące, że ja jestem niebiesko-różowa. Poniższe obrazy wskazują, że muszę być zimno-neutralna, skoro żółty mnie nie skrzywdził :>
Lakier to Vanilla-zuela z kolekcji South America z 2002 r., czyli tzw. black label. Kolor to jest beżowy, koło wanilii to on chyba nawet w życiu nie stał. Pędzelek wąski, lakier rzadki, aplikacja jak w pastelach - pain in the ass, na dodatek smuży i nierówno kryje. Oczywiście nie wolno wykluczyć opcji, że to ja nie potrafię się nim obsługiwać. Fakt, jest faktem - to nudziak mojego życia, niestety. Aczkolwiek jest jeden problem: pochodzi z kolekcji sprzed 10 lat i - umówmy się - w którymś momencie przestali go już produkować. Więc moja butelka ma parę lat, tak lekką ręką licząc. Miewałam już lakiery dziesięcioletnie, ba! nawet ich używałam - obyło się bez ofiar w ludziach i sprzęcie. Ale Vanilla-zuela zwyczajnie śmierdzi. I to nie jest charakterystyczny zapach lakieru, tylko raczej lekkiego już stęchnięcia.
I've found my perfect nude polish, which gives me real manequin hands. What is odd - this one has yellow undertones, whether I am rather cool toned with pink/blue shades. It's OPI's black label, but application was pain in the ass. Anyway - it's a match made in heaven :>
Jeśli jesteście wielbicielkami kremu uniwersalnemu z Oriflame i macie migdałową wersję na zakładzie - lakier ma ten sam kolor w zasadzie.
PS. Obczajcie moje wypasione zdjęcia w kółeczkach \m/
Nie wiem dlaczego, ale pierwszym utworem, który przyszedł mi do głowy po napisaniu tego posta, był...
Motley Crue nigdy nie byli jakoś szczególnie przeze mnie wielbieni, ale Dr. Feelgood to jedna z najlepszych płyt tamtych czasów - z niej właśnie pochodzi powyższy kawałek. A historia jest taka, że basista Nikki Sixx kiedyś tak strasznie się naćpał, że prawie udał się na tamten świat - doszło do zatrzymania akcji serca. Na ten padół łez sprowadziły go dwa zastrzyki z adrenaliny, zaaplikowane prosto w serce. Gdy ocknął się w szpitalu, nie tracił czasu, szybki i zdecydowanym ruchem wyrwał sobie wszystkie rurki i kabelki, które miał powkładane w różne otwory ciała, wygładził szpitalną koszulę i poszedł sobie precz. No i właśnie niedługo potem popełnił tę pieśń. Pan Nikki Sixx wygląda dziś tak:



