Paskudztwo. Naprawdę, straszne paskudztwo.
Nie ukrywam, że mam tendencję do narzekania..., OK, uwielbiam się znęcać nad lakierami i biadolić, że nie są tym, czy mogłyby być. Ale ten lakier jest naprawdę straszny!
Baza jest brązowa, ale w zimnym, lekko przydymionym odcieniu. No i do tego momentu jest fajnie. Ale nagle ktoś w OPI wpadł na zajebisty pomysł i sypnął złotego i (chyba) miedzianego shimmeru. Taka, cholera, fantazja kogoś dopadła. A ponieważ lepsze jest wrogiem dobrego - wyszedł koszmarek. Świeci się, połyskuje, generalnie - żyje własnym życiem.
Aplikacja bezproblemowa, schnie błyskawicznie!, jest mile chropowaty w dotyku (kaszmirowych sweterków Wam nie skundli, spoko). Tylko z gęby brzydki strasznie.
Uprzedzając fochy: mojej wysokiej jakości swatche są nieskazitelne i na wskazującym palcu nie mam jakichś śmieci/paprochów, tylko ranę kłutą! Zszyłam sobie zszywaczem biurowym paluszek, niechcący oczywiście. Tak, bolało.
OK, I am a moaner. But believe me it's a nightmare, it really is. Dark brown base in a cool, dusty shade - it started great. But then someone came up with an idea of pouring tons of golden and coppery shimmer. Disaster! It applies prefectly, dries super fast, but it's bloody ugly one.
Następne na tapecie będą te trzy panienki:
The next are:
Dla ukojenia skołatanych nerwów...
For my inner peace...